Szum fal, białe grzywy, jedna za drugą.
Piana i mokry piach przykleja się do stóp.
Smętny skrzek mew nad głowa, szare duchy fal.
Szmaragd wody, słony smak.
Las pogrążony w odwiecznej rozmowie z przybojem.
Wielki błękit otacza mnie, cisza przenika mnie.
Ławica gwiazd umyka w bok, chowa się w morskiej trawie.
Przepływa między kolumnami słonecznych pręg
By zniknąć po chwili w oddali.
Nad głową przeźroczyste parasole przepływają z gracją.
Skwar, na ciele czuje go, wiatr wysusza krople wody.
Samotny pies przysiadł obok mnie, patrzy węsząc w dal.
Biały trójkąt kołysze się w rytm fal.
By zniknąć za horyzontem.
Zamykam oczy, chwila ta nigdy się nie kończy.